Adam, pierwszy smok


31.12.1996. godzina 23:30

 Na wspomnienie ostatniej rozmowy z Łukaszem Kasia rozpłakała się jak dziecko i zrobiła drobny kroczek w przód. Była już nad samą krawędzią. "Zrobię to, teraz… już…". I już miała wykonać ten ostatni krok w swoim życiu kiedy usłyszała ledwo słyszalny głos: "nie rób tego Kasiu" i poczuła jak ktoś delikatnie łapie przegub jej prawej ręki. "Łukasz?!?" -odwróciła się zaskoczona. Ale nie był to jej chłopak, czy też może bardziej by tu paskowało określenie dawny chłopak. Stała tworzą w twarz z postawnym, brodatym i mocno zaawansowanym wiekowo mężczyzną. Nosił czarny płaszcz i trzymał w wolnej dłoni brązowe kozaki na futerku.
– Nie rób tego Kasiu, proszę cię – usłyszała ponownie. Ale na dziewczynie słowa to nie zrobiły żadnego wrażenia. Stała dalej na krawędzi dwóch światów, którą była teraz linia dachu jej dziesięciopiętrowego bloku.
– Czasami rzeczy są inne niż wydają się na pierwszy rzut oka – kontynuował zarośnięty jegomość, a jego czarne jak smoła oczy wwiercały się w umysł dziewczyny.
– Co pan wie? Moje życie jest bez sensu! – rzuciła stanowczo i chciała zrobić krok w tył, aby dopełnić swojego przeznaczenia. Ale Ono widać nie chciało aby Kasia za chwilę umarła. Nie chciał też tego dziwny człowiek, który tak mocno trzymał kobietę za rękę, że ta nie mogła zrobić żadnego ruchu. Była zupełnie unieruchomiona, jakby sparaliżowana.
– Niech pan mnie puści, błagam! Ja muszę skoczyć! – nalegała.
– Puszczę cię, już za chwile. I będziesz mogła zrobić, co tylko chcesz. Ale najpierw mnie wysłuchaj.
Dziewczyna nie mając innego wyjścia rozluźniła naprężone przed chwilą do granic wytrzymałości mięśnie.
– Wiem o twojej chorobie i Łukaszu – zaczął mężczyzna. – Ale ty nie możesz wiedzieć jak rozwinie się medycyna w najbliższych latach i kiedy stwardnienie rozsiane będzie chorobą uleczalną lub choćby zaleczalną. A Łukasz… To dureń, tyle mogę powiedzieć. Nie przekreślaj wszystkich innych mężczyzn, bo daję słowo, że znam przynajmniej jednego, który nie wyrzekłby się miłości w takich okolicznościach. Choć słowo miłość nie pasuje do tej sytuacji. Bardziej… znajomość. I to dość powierzchowna. Poza tym – kontynuował nieznajomy – mam nieodparte przeczucie, że twoje życie niedługo się odmieni. I że spojrzysz na świat zupełnie inaczej. Nie wykluczam nawet, że zostaniesz optymistką, bo na razie życie cię nie rozpieszczało, prawda?
– A co będzie jeśli nic się nie zmieni, a za rok będę na wózku inwalidzkim i nie będzie nikogo bliskiego, kto mógłby się mną zająć? – zapytała dziewczyna i jej oczy znów napełniły się łzami.
– Kasiu…. – mężczyzna spojrzał jej głęboko w oczy.
– Jeśli do tego dojdzie… to obiecuję ci solennie, że zapewnię ci najlepszą opiekę w moim prywatnym ośrodku, który prowadzę nad jeziorem Genewskim. A jeśli Los będzie tak chciał, że tam dokonasz żywota, nie będziesz na pewno wtedy sama. Nawet jeśli z nikim w tym ośrodku się nie zaprzyjaźnisz, w co osobiście bardzo wątpię, bo to naprawdę klawa kompania.
Słowa te na Kasię podziałały. Zrobiła krok w przód i zeszła z dachowego murku. Poczuła jak fala ziemna ogarnia całe jej drobne ciało.
– Boże… ale tu zimno. Zmarzłam jak pies. – I coś jakby uśmiechnęła się.
– Załóż je! – powiedział nieznajomy podając dziewczynie zimowe butki. – Jeszcze się przeziębisz i tyle cię będą widzieć drugiego w pracy.
Kobieta posłusznie założyła podane obuwie. Zaskoczyło ją to, że już po sekundzie jej zziębnięte stopy czuły się solidnie ogrzane i bardzo komfortowo. Jakby trzymała nogi przez kwadrans na gorącym kaloryferze po powrocie z godzinnego, zimowego spaceru.
– I co dalej? – zapytała.
– Chodź, odprowadzę cię do mieszkania. Wiem, że nie miałaś do tego głowy, więc przygotowałem ci na ten sylwestrowy wieczór mała ucztę. W piekarniku znajdziesz piekącą się kaczkę, na kuchni dogotowujące się warzywa na parze i zasmażane ziemniaczki na patelence. A na parapecie, przy uchylonym oknie, szampana za pięćset dolców. Zapełniłem ci też lodówkę najlepszymi frykasami, jakie udało mi się dziś naleźć. To tak… w tamach noworocznego prezentu, no i z okazji naszego spotkania. No i twojego uratowania oczywiście.
– Zje pan ze mną?
– Niestety nie. Mam jeszcze drugą sprawę do załatwienia dziś przed północą. I zupełnie nie mogę się spóźnić.
– Szkoda – odparła dziewczyna.
– Miło mi to słyszeć Katarzyno. Ja też bym chętnie z tobą przywitał nowy rok, ale robota czeka. A jak powiedziałam, jest coś czego nie mogę odłożyć.
– Trudno, zatem przywitam nowy rok sama. Nie pierwszyzna to dla mnie, niestety.

Rozmawiając doszli do wejścia na klatkę schodową.
– A kim pan właściwe jest, drogi panie? – zapytała Kasia już rozluźniona.
– No właśnie… nie przedstawiłem się. Przepraszam za to ewidentne przeoczenie. Victor… mag pierwszej klasy – usłyszała.
– Mag pierwszej klasy? A cóż to do cholery oznacza?
Mężczyzna odchylił połę swojego płaszcza i sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął niewielki kartonik i podał go swojej towarzyszce. Dziewczyna spojrzała i przeczytała na głos: "Vicor – MAG I klasy. Wszystkie zadania, oprócz przepowiadania przyszłości". Był też tam podany dziewięciocyfrowy numer telefonu z adnotacją: "dzwonić o każdym czasie".
– Ciekawa wizytówka – skomentowała. – A więc przepowiadaniem przyszłości się pan zajmuje, tak?
– Wizytówka, jak wizytówka. Przydaje się w tym biznesie.
– A co to za biznes? Pomaganie niedoszłym samobójcom?
– Być może. Ale wybacz… moja działalność jest ściśle tajna. Dlatego uprzejmie cię proszę abyś nikomu nie wspominała, co dziś zaszło na tym dachu. Niech to będzie nasza tajemnica.
– Dobrze. W końcu zawdzięczam panu życie.
– To zostawię bez komentarza, gdyż cały czas wierzę, że jednak byś nie skoczyła – stwierdził jegomość podający się za maga.
– Pora się żegnać piękna Katarzyno – zagaił mężczyzna, a policzki dziewczyny pokrył rumieniec. – Weź to – powiedział dobywając z kieszeni biały przedmiot. To telefon bezprzewodowy. Niedługo się takie bardzo upowszechnią, ale na to potrzeba jeszcze kilku lat. Dlatego ten przypomina paczkę papierosów i chciałbym abyś zachowała dyskrecję kiedy będziesz z niego korzystać. Inaczej na pewno ci go ukradną, a jeśli trafi na policję, to na pewno spytają, skąd go masz. A jak już wcześniej powiedziałem, wolałbym aby nasze spotkanie zostało w tajemnicy.
– Dobrze – zgodziła się Kasia. – Będę bardzo uważać.
– Świetnie, moja młoda przyjaciółko. Szkoda, że jestem za stary dla ciebie, bo chętnie bym uderzył w konkury. Ale Los chce inaczej, a jemu nie będę się przeciwstawiał. Aha… i jeszcze jedna rzecz nim się rozstaniemy. Oto coś na pamiątkę naszego spotkania – powiedział mężczyzna i podniósł dłoń do góry. – Mam dla ciebie srebrnego słonika na gustownym łańcuszku – moją rodzinną pamiątkę. Noś ją jako talizman. Na szczęście.
– Przed stwardnieniem rozsianym mnie też ochroni? – zapytała.
– Nie wszystko na tym świecie jest możliwe, niestety. Ale słonik jest naprawdę ładny – zobacz sama. – Tylko proszę, nigdy go nie sprzedawaj. Bo takich pamiątek nie należy się pozbywać. Jeśli będziesz w potrzebie, to zadzwoń, a odkupię go od ciebie za całkiem pokaźną kwotę.

Kiedy zeszli dwa pietra niżej i stanęli przed drzwiami oznaczonymi numerem 77 mężczyzna spojrzał na zegarek. Wskazywał 23:44.
– Muszę lecieć, czas nie stoi w miejscu. Bywaj Kasieńko, życzę szczęścia – powiedział mag wyciągając do przodu swoją kościstą dłoń na pożegnanie. – I głowa do góry!
– Dziękuję. Dziękuję za wszystko. I do zobaczenia w pana ośrodku w Szwajcarii.
– Jak przeczytałaś na mojej wizytówce, nie zajmuję się przepowiadaniem przyszłości, ale przyznam szczerze, że bym się mocno zdziwił, gdyby tak się stało jak mówisz. W mojej szklanej kuli widzę dla ciebie inną przyszłość.
– Jaką? – spytała dziewczyna?

Ale nie uzyskała odpowiedzi. Mag odwrócił się bowiem na pięcie i po prostu odszedł kierując się wprost do schodów. Zniknął za drzwiami klatki schodowej w mgnieniu oka. "Czy to mi się przypadkiem nie śni" – pomyślała Kasia i otworzyła drzwi swojego mieszkania. Zapach pieczonego drobiu podrażnił jej pręciki węchowe. Był to niezbity dowód, że przynajmniej sylwestrowa uczta nie była wytworem jej wyobraźni. Ktoś ją musiał przygotować.



Henryk spojrzał na zegarek. Do północy brakowało dziesięciu minut. Wyłączył dźwięk w telewizorze i odłożył na stolik pilota. Jego wzrok skupił się na białej kartce leżącej obok glocka. Przeleciał kolejne punkty:
1. Załatwić proszki nasenne
2. Złożyć u notariusza testament
3. Zamknąć sprawy w firmie
4. Wypłacić odprawy Genowefie i Stanisławowi
5. Wysłać listy do muzeów i galerii (Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, Paryż, Barcelona, Bazylea, New York, Boston)
6. Spotkać się z mecenasem Pawłowskim
7. Napisać list pożegnalny
Jedyne co zdołał w nim sklecić to: "Nie mogę już dłużej tego znieść. Zatem podążam drogą Anny i Mateusza. Żegnajcie. Henryk".

Spojrzał na telewizor. W rogu ekranu ukazał się już zegar. Kolejne sekundy zbliżały moment nieuchronnego. Kiedy zegar pokazał 23:53 Henryk zebrał myśli. Był spokojny i zdecydowany. "Decyzja została podjęta. Nie ma już odwrotu" – pomyślał i sięgnął po swój egzemplarz austriackiej techniki wojskowej. Pogłaskał go delikatnie i sprawdził czy jest przeładowany. I wtedy usłyszał krótki dzwonek do drzwi. Nie do domofonu bramy, jak zwykle w takich przypadkach, ale od razu do drzwi wejściowych. Wstał i podszedł do nich trzymając pistolet w lewej ręce.
– Kto tam? – spytał głośno.
– Wizyta duszpasterska – usłyszał stłumiony solidnymi drzwiami głos.
– Nie potrzebuję księdza. Proszę odejść!
– Nie jestem księdzem, Henryku, co to to nie.
– Nie wiem kim jesteś i nic mnie to nie obchodzi. Proszę odejść!
– Otwórz proszę, porozmawiajmy. Daj mi pięć minut.
– Inaczej mam zamiar wykorzystać ostanie minuty starego roku. – I to mówiąc odwrócił się i poszedł w kierunku kominka i sofy, na której jeszcze chwilę temu siedział. Kiedy był w połowie drogi usłyszał głośny huk. Jakby ktoś przywalił wielkim młotem w jego antywłamaniowe drzwi. Odwrócił się tak szybko jak tylko mógł. Zobaczył jak przechodzi przez odrzwia wysoki, brodaty i starszy mężczyzna w czarnym, długim płaszczu. Towarzyszył mu czarny neseser trzymany w prawej ręce.
– To napad?
– Jaki napad Henryku? Już mówiłem… wizyta duszpasterska.
– Proszę natychmiast wyjść! – rzucił gospodarz i wycelował w intruza swojego siedemnastostrzałowego glocka.
– Gówno mi zrobisz tym swoim gównianym pistolecikiem, wiec nawet nie próbuj – usłyszał. I nim mrugnął powiekami intruz zamknął frontowe drzwi, po czym przeszedł koło niego i usiadł na fotelu przy kanapie. Założył nogę na nogę, położył neseser na kolanach i wykonał jednoznaczny gest ręką, wskazujący że czeka aż gospodarz do niego dołączy.

Henryk podszedł i zajął swoje miejsce oniemiały. Wiedział, że tym razem to nie on, choć zdarzało się to bardzo rzadko, kontroluje sytuacje.
– Jak tam twoje sprawy, załatwione? – spytał intruz i spojrzał na listę leżącą na stoliku.
– Co to pana w ogóle obchodzi i kim pan jest? – nie dawał za wygraną Henryk.
– Jestem posłańcem, Henryku. Przybyłem do ciebie… z pewną misją. I liczę, że mi nie odmówisz.
– Odmawiam! Cokolwiek by to było! Proszę się wynosić!
– Posłuchaj – zaczął nieznajomy. Rok temu byłem zupełnie innym człowiekiem. Ale wszystko zmieniło się w jeden wieczór. Też byłem bardzo bogatym człowiekiem, ale tak doświadczonym przez Los, że życie było dla mnie bardzo ciężkie. Że… nie widziałem w nim sensu. Był czas, że każdego dnia myślałem o samobójstwie. Jednak do tego nie doszło z czego jestem teraz niezmiernie zadowolony. A propos… wiesz zapewne że katolicyzm traktuje samobójstwo jak grzech śmiertelny, zamykający bramę raju.
– Tak wiem, odparł Henryk. Jestem chrześcijaninem.
– I postanowiłeś popełnić samobójstwo? Dziwne.
– Tak. Bo nie podzielam zdania kościoła w tym zakresie. Bóg dał nam wolną wolę abyśmy dokonywali wyborów, w tym decydowali o swoim życiu. Jeśli ktoś decyduje się by je zakończyć, wola to powinna być uszanowana. I nie wyobrażam sobie aby dobry Bóg mnie miał za to ukarać. I to wiecznym potępieniem.
– Widzę, że jesteś dobrze przygotowany w tym zakresie. Pozwól więc, że od razu przejdę do mojej propozycji.
– Propozycji? O co chodzi?
– Odłóż wykonanie swoje decyzji o rok, a ja dam ci coś, czego nikt inny ci nie da.
– Tego nie możesz mi dać. To zostało mi zabrane ponad dziesięć lat temu podczas tego głupiego wypadku tramwaju rzecznego w Wenecji.
– Ale mogę dać ci wspomnienia Anny i Mateusza. – I w tym momencie przybysz wyciągnął z kieszeni płaszcza srebrną piersiówkę w skórzanej oprawie.
– Co to… jakiś alkohol? A może… trucizna?
–  Eliksir. Mały łyczek wystarczy abyś zasnął kamiennym snem na dziesięć godzin i śnił najszczęśliwsze sny. Co więcej, będziesz je po przebudzeniu dokładnie pamiętał. Jakbyś przed chwilą obejrzał film w kinie. Jeśli będziesz przed snem myślał o najbliższych, to na pewno oni będą tematem twoich marzeń sennych. To mogę ci obiecać.
– Nie wierzę, że taki eliksir istnieje. To niedorzeczne.
– Są rzeczy, o których się nie śniło filozofom. A może to tylko technologia powszechnie jeszcze nie znana, przynajmniej w kulturze zachodniej. Zróbmy tak – powiedział po dłuższej pauzie dziwny przybysz. – Wypróbuj eliksir dziś w nocy, jak odejdę. A jak zadziała, to wywiążesz się ze swojej części umowy. Jeśli nie, to palniesz sobie w łeb jutro rano. Nie powinno zrobić ci to dużej różnicy. W końcu to tylko kilka godzin.
– A co miałbym zrobić w zamian? – zainteresował się gospodarz.

Mężczyzna otworzył czarny neseser i wyciągną z niej potężną kasetkę, termos i biała teczkę A4 z niebieskim logo. Położył je kolejno na stoliku przed Henrykiem.
– W kasetce znajdziesz 200 brylantów najczystszej próby, z czego 10 jest naprawdę dużych – zaczął. – Ich wartość rynkowa, nawet jak sprzedasz wszystko hurtem, to sto – sto dwadzieścia milionów dolarów. Wiem, że nie brakuje ci pieniędzy, ale nalegam abyś je przyjął. Nie będziesz przecież dopłacał do mojego interesu – powiedział mężczyzna i uśmiechnął się. – Zresztą… kasa nie będzie dla ciebie. W tym pojemniku, co przypomina termos, znajduje się ludzka, zapłodniona komórka jajowa. A w teczce są dokumenty wystawione przez zaprzyjaźnioną klinikę w Lozannie stwierdzające, że w ich ośrodku dokonano zapłodnienia in vito i że komórka jest gotowa do wszczepienia nosicielce, której zadaniem będzie urodzenie dziecka. W tym dokumencie są dwa puste miejsca. Brakuje imion i nazwisk obojga rodziców. I tu zaczyna się twoje zadanie. Będzie ono polegać na znalezieniu pary, która zgodzi się wystąpić w roli ojca i matki przyszłego maleństwa oraz jakiejś odpowiedniej surogatki, oczywiście. No i rzecz jasna postarasz się zapewnić tej rodzinie godziwe warunki życia przynajmniej do chwili kiedy chłopak, bo urodzi się chłopiec, skończy dwudziesty pierwszy rok życia. Myślę, że przy twoich możliwościach mógłbyś to załatwić w dwa tygodnie. To w zasadzie wszystko. Kasy powinno ci wystarczyć nawet przy wystawnym życiu tej dziwnej, że się tak wyrażę, rodziny, choć wolałbym żeby nie żyła zbyt wystawnie. Przynajmniej niech się z tym nie afiszują. Czyli zupełnie tak jak ty, drogi Hanryku. Ważne są przy tym dwie rzeczy. Zabieg trzeba wykonać do końca stycznia – adresy trzech ośrodków, które mogą się tego podjąć znajdziesz w teczce i superważna rzecz, aby oboje rodzice posiadali obywatelstwo polskie.
– Tylko tyle? – spytał sarkastycznie Hanryk? To chyba jakieś żarty?
– Aha… jeszcze jedna ważna rzecz. Utrzymajcie to wszystko w tajemnicy, bo nie ukrywam że takie działania nie jest do końca legalne. Ale jak mawiają… cel uświęca środki.
– A jaki jest cel tego wszystkiego, jeśli można wiedzieć?
– Chyba nie muszę ci mówić, że to nie będzie zwyczaje dziecko.
– A jakie? Sklonowane? Jak… owieczka Dolly?
– Mogę ci zagwarantować, że klon to nie będzie. Przynajmniej według wiedzy jaką posiadam.
– A czemu ja… czemu nie możesz tego zrobić sam?
– Bo liczę że dzięki temu zabiegowi przynajmniej o kilka dniu wydłużę twoje życie. Bo dużo więcej możesz Henryku zdziałać sam niż zapisując prawie cały majątek kilkunastu fundacją dobroczynnym.

Hanryk spojrzał na telewizor i głęboko się zamyślił. Nie było już noworocznego zegara więc skierował na przegub ręki. Było pięć minut po północy.
– My tu gadu gadu – zagaił– a nowy rok nam właśnie ucieka. Napije się pan ze mną szampana?
– Ależ oczywiście. Ale pozwól, że to będzie mój trunek, bo mam coś specjalnie na tę okazję – i nieznajomy wyciągnął z neseseru Shipwrecked 1907 Heidseick rocznik 1993. Nie zwykłem pić tak drogich trunków, ale okazja jest naprawdę wyjątkowa – powiedział.
– Zatem za twój plan, mój nieznajomy – powiedział uprzejmie Henryk.
– Teraz to także twój plan, Hanryku – odpowiedział człowiek w płaszczu.

Po czym obaj wypili rozlany do kieliszków biały, musujący płyn. Następne kilkadziesiąt minut przesiedzieli w zupełnym milczeniu.
– A jak pan ma w ogóle na imię? – zapytał Henryk.
– Nie imię mię określa tylko moje czyny? – usłyszał. A czym mniej wiesz, tym lepiej – dokończył nieznajomy i uśmiechnął się promieniście.
– No to spadam. Aha… w teczce znajdziesz telefon do niejakiej Katarzyny Wiśniewskiej. Coś mi mówi, że ona mogła by być naszą surogatką. Przynajmniej możesz spróbować. Tak radzę. Tylko nie proponuj jej więcej niż milion, bo jej się we łbie poprzewraca. A tego bym bardzo nie chciał, bo to bardzo porządna dziewczyna.
– Być może zadzwonię. Najpierw sprawdzę, czy pan się wywiązał ze swojej części umowy.
– O to się nie boję. Tylko nie wypij więcej na raz niż 10 centymetrów sześciennych, bo będziesz spał znacznie dłużej niż dziesięć godzin, a po przebudzeniu będzie cię prawdopodobnie napieprzał baniak.
– OK. Spróbuje.

Henryk odprowadził dziwnego gościa pod drzwi.
– A jeszcze jedno – zapytał. Dlaczego rodzicami dziecka muszą być Polacy?
– Abo 34. paragraf Konstytucji Rzeczypospolitej mówi: "Obywatelstwo polskie nabywa się przez urodzenie z rodziców będących obywatelami polskimi." I nikt nie może tego obywatelstwa odebrać ani kwestionować. Można się go tylko dobrowolnie zrzec.


Telefon Katarzyny przypominający paczkę papierosów zadzwonił pierwszego styczna o 13:30.
– Halo, czy mam przyjemność z panią Katarzyną Wiśniewską?
– Tak, to ja. Dzień dobry. Słucham.
– Witam panią. Moje nazwisko Hanryk Smokowski. Miałbym dla pani pewną propozycję. I chciałbym się w związku z tym z panią spotkać.
– Proszę powiedzieć od co chodzi, może od razu powiem, czy jestem zainteresowana.
– To nie jest sprawa na telefon. Proszę pozwolić zaprosić się na obiad. Znam bardzo dobrą, zaciszną restaurację pod Warszawą. Przyślę po panią kierowcę, tylko poroszę powiedzieć gdzie i o której ma podjechać.
– Czy to znaczy, że to ma być już dziś? Jest pierwszy stycznia!
– I dobrze. Życie nie może czekać. Nie znosi próżni, jak to mawiają.
– No dobrze. Proszę przyjechać na Konrada i czekać przy pętli. 16:30 może być?
– Oczywiście.
– Zatem jesteśmy umówieni.
– Do zobaczenia, Katarzyno.
– Do widzenia panu. Aha… jedno pytanie. Czy pan może od Victora?
– Victora? Nie, nie znam żadnego Victora?
– Hm… dziwne. Ale to nic, tak tylko spytałam. Do zobaczenia.
– Do widzenia.



18.10.2014. godzina 17:05

– Cześć mamo, cześć tato – rzucił Adam zdejmując szybko buty. – Po chwili był już na kanapie przed telewizorem i majstrował przy pilocie. – Kurcze, spóźniłem się na Teleekspres. Szajze.
– Młody nie przeklinaj, bo nie dostaniesz kieszonkowego w przyszłym miesiącu – zagroził Henryk spoglądając znad gazety.
– Nic się nie bój, powtórzą większość wiadomości w głównym wydaniu o 19:30 – dodała Katarzyna podlewając rozłożystego hibiskusa.
– Ale to nie to samo. Teleekspres jest taki… skondensowany i krótki. W tym tkwi jego siła – powiedział chłopak i spojrzał na telewizor. Ale ku jego zaskoczeniu nie było jego ulubionego programu informacyjnego, za to cały ekran zajmowała głowa dziwnego jegomościa z brodą.
– Dziś nie będzie teleekspresu, będę ja – usłyszeli domownicy, na co wszyscy zwrócili się w stronę ciekłokrystalicznego ekranu.
– Victor? – spytała Katarzyna?
– To jest Victor? – spytał Henryk?
– Jaki Victor? – dodał Adam.
– To długa historia – powiedział po dłuższej chwili Henryk. Na co Katarzyna dorzuciła – ale jaka piękna – i przysiadła się do męża na kanapę obejmując go czule.
– To prawda – odparł nieoczekiwana telewizyjna postać i zaraz dodała – Ale już czas najwyższy, aby wyjawić Adamowi naszą rodzinną tajemnicę. W końcu jutro skończy 18 lat.
– Rodzice Adama spojrzeli na siebie znacząco. – Myślisz, że to dobry pomysł? Adaś jest normalnym, zwykłym nastolatkiem. I mam nadzieję, że szczęśliwym. Po co mieszać mu w głowie? – powiedział Henryk.
– To niestety nieuniknione – usłyszeli . – Wkrótce Adam sam się domyśli, że nie jest normalnym chłopcem i lepiej żeby dowiedział się tego od nas. Oczywiście nie trzeba mówić o wszystkich szczegółach, ale o tym co najistotniejsze powinien wiedzieć. Hm… a może to właściwie ja powinienem to powiedzieć.
– A co jest najważniejsze?  – zapytała cała trójka.
– Adamie… mamy dla ciebie dwie wiadomości: dobrą i złą – powiedział Victor. – Chociaż ta zła, może się okazać dobrą. To zależy od tego, jak się do tego podejdzie. Którą wolisz najpierw?
– Poproszę najpierw tę złą – poprosił młodzieniec, zastanawiając się jednocześnie, jak realizowana jest ta transmisja wideo, skoro ich domowa sieć komputerowa chroniona jest najlepszymi zabezpieczeniami, które jako niezły hacker sam opracował, i nikt obcy nie może, ot tak, włamać się do ich telewizora.
– Najpierw będzie jednak ta dobra – powiedział telewizyjny przyjaciel, po czym zaraz dodał. – To może osłodzi ci kaliber tej złej. Henryku… powiedź młodemu o jego funduszu powierniczym – zachęcił.
– Słuchaj młody… Jest tak – zaczął. – Kiedy się urodziłeś założyłem ci fundusz powierniczy podzielony na dwie transze, po 50 procent. Pierwszą możesz dysponować od ukończenia osiemnastu lat, a więc już od jutra, drugą – dwudziestu jeden. Tak więc jutro będziesz mógł pójść do banku i… pobrać trochę z tego, co leży i czeka od lat.
– O kuźwa – bąknął Adam, a Victor zaraz dodał.
– Ale ja osobiście, i jak przypuszczam twoi rodzice także, gorąco byśmy cię zachęcali abyś nie szastał na lewo i prawo pieniędzmi. Bo albo szybko je stracisz, albo będziesz musiał otaczać się bandą goryli. A wiesz… wtedy zero prywatności, przegrana sprawa… kicha.
– A ile tego będzie?
– Eeee… jakieś dwieście milionów. Dolarów oczywiście.
– Ile…?!? – Adamowi odjęło mowę.
– No tak… trochę się tego zebrało przez te lata. Choć oczywiście nie wszystkie były tłuste.
– I mając taką kasę żyjecie… żyjemy zupełnie normalnie?
– A Tak! To tak… żeby sprawdzić siłę naszych charakterów powiedział Hanryk i dał całusa Katarzynie prosto w zadarty nosek. – To prawda, że nawet bez tych twoich pieniędzy moglibyśmy mieć kilka posiadłości, jachtów i sportowych samochodów. No i unikalnych dział sztuki światowej klasy. Tylko po co? Nie lepiej przeznaczyć kasę na coś pożytecznego?
– Hm… musze przyznać, że jestem mocno zaskoczony – skwitował wyznanie ojca Adam i zaraz zapytał.
– A czy mógłbym zainwestować milion lub dwa w pewien mój pomysł internetowy? Od dawna chodzi mi to po głowie i nawet zacząłem się rozglądać za inwestorami, którym wysłałem sporo listów, ale jak na razie pies z kulawą nogą się nie odezwał.
– To twoja kasa, więc będziesz mógł z nią zrobić co chcesz. Nawet oddać w darowiźnie kościołowi.
– Huraaaa!!! Ale jaja! A ta druga wiadomość? To coś złego? Mam jakąś nieuleczalną chorobę?
– Teraz chyba moja kolej – wtrącił się Victor i bez zwłoki kontynuował. – Nie jesteś tak do końca zwyczajnym siedemnastolatkiem. Co to, to nie, zaręczam.
– Jak to nie? Oceny mam zupełnie przeciętne, w sporcie też średniawo, jedynie w szachach jestem całkiem niezły. Ale to za sprawą taty, który chyba nauczył mnie grać nim zacząłem raczkować.
– Tak było do tej pory. Ale to się wkrótce zmieni.
– Co się zmieni? Zacznę skakać jak kangur albo pisać wypracowania niczym Słowacki czy Sienkiewicz?
– Tak do końca to nie wiem czego możesz się spodziewać. Ale z całą pewnością będą zmiany. I to na pewno zauważalne. Jeśli miałbym zabawić się we wróżbitę to powiedziałbym, że za kilka tygodni na pewno zrobisz test MENSY w dziesięć minut i już nigdy nie przegrasz w grze w łapki.
– To ekstra! To to są te złe wiadomości?
– Ale mogą też być inne zmiany? Skutki uboczne, że tak powiem?
– Pożyjemy zobaczymy – powiedziała Katarzyna. – Nie ma co się martwić na zapas.
– I tym optymistycznym akcentem pożegnam się z państwem – padało nagle z telewizora i odbiornik zrobił się czarny.
– Aha… padło nagle z przebudzonego głośnika. – A jakbyście się zastanawiali, co to będzie za choroba, na którą zachoruje Adam, to odpowiadam. To ewolucja, moi drodzy. To ona. A chyba wszyscy wierzycie w teorię Darwina, nieprawdaż? Trzymajcie się kochani. Niech Moc będzie z wami.


Do końca października w zasadzie nic się nie działo. Adama tylko kilkakrotnie bolała po przebudzeniu głowa, co wcześniej zdarzało mu się bardzo rzadko. Ale łykał wtedy Apap więc nim dotarł do szkoły było już po wszystkim. Poza tym wyostrzyły mu się znacznie zmysły, co przyjął radośnie, choć nie od razu się do tego przyzwyczaił. Najbardziej było to spektakularne w przypadku słuchu. Pewnego poranka obudził go dziwny dźwięk, jakby tysięcy żelaznych liści szeleszczących na wietrze. Jednak rzut oka w kierunku jego źródła wyjaśniło całą zagadkę. To była papuga żako, która w klatce przy oknie ćwiczyła skrzydła energicznie nimi machając. Adam nigdy nie przypuszczał, że mogą temu towarzyszyć aż takie dziwne, metaliczne dźwięki. Chwilę po tym, powiedział do Katarzyny w kuchni: "wiesz mamo… słyszę, jak starzeją się ptaki".

Przez kolejne dwa tygodnie młodzieniec coraz częściej mógł pochwalić się coraz lepszymi ocenami w szkole. Poprawił się praktycznie ze wszystkich przedmiotów. Materiał sam właził mu do głowy, zadania rozwiązywały się nad wyraz szybko, a czas poświęcany na prace domowe skrócił się o dwie trzecie. Można powiedzieć że chłonął wszystko jak gąbka. Wszystko co zobaczył, przeczytał i usłyszał, a także zarejestrował smakiem, słuchem czy węchem zapamiętywał w najdrobniejszych szczegółach. I mógł to wszystko wywołać z pamięci w sekundę. Było to naprawdę zdumiewające.

Dwudziestego drugiego listopada stało się coś naprawdę dziwnego. W ten sobotni poranek, kiedy Adam nie musiał wstawać rano do szkoły i mógł się wylegiwać do południa, kiedy wstał i poszedł do łazienki, prawie krzyknął z wrażenia widząc swoje odbicie w lustrze. Kolor jego skóry był o kilka tonów ciemniejszy niż jeszcze kilka godzin wcześniej. "Prawie solarium" – skwitował to odkrycie i natychmiast poszedł pochwalić się rodzicom. Po powrocie do łazienki, kiedy zaakceptował już swój nowy image, zauważył jeszcze dwie zmiany. Bardzo długo się golił maszynką elektryczną – "stępiły się ostrza, czy co?" – i nie mógł normalnie skrócić sobie paznokci, jak robił to od lat. Umordował się przy tym niemożebnie, ale nic nie wskórał swoim obcinaczem. Postanowił pojechać możliwe szybko do jakiegoś marketu budowlanego i sprawdzić czy obcęgami do cięcia drutu będzie w stanie dokonać manicure.

Zbliżały się urodziny Magdy, najlepszej kumpeli Adama w liceum. Mając teraz tyle kasy postanowił wydać na prezent więcej niż zwyczajowe pięćdziesiąt-sto złotych. Tylko ile? Uznał, że coś w granicach pięciuset powinno być w sam raz. Zwłaszcza, że dziewczyna nie musiała przecież widzieć, jaka będzie wartość giftu. "Hm… tylko co jej kupić?" – główkował chłopak.
Problem rozwiązał się sam, kiedy całą watahą poszli na pizzę. Oglądali też oczywiście profile na fejsie, co okazało się zbawienne. W pewnym bowiem momencie Magda wyciągnęła rękę do Ani i powiedziała:
– Zobacz jaka zarąbista wyciskarka do soku? Chciałabym taką mieć!
– Pokaż! – zainteresowała się przyjaciółka i popatrzyła na ekran smartfona. – No, no… fajna – zawyrokowała, a Adam zaraz dodał – Ja też mogę zobaczyć? Pokażcie i mnie – po czym przez dłuższą chwilę wpatrywał się w zdjęcie.
– Tylko gdzie takie coś kupić? Nigdy takiej nie widziałem – Zainteresował się Arek, który też siedział koło Ani i widział wszystko.
– No i ciekawe jaka cena? – skwitowała Magda. – To mi wygląda na jakiś znany amerykański lub włoski projekt. A ich designerskie rzeczy nie są tanie.

Po spotkaniu i powrocie do domu Adam od razu zasiadł do kompa. Znalezienie marzenia Magdy zajęło mu jakieś dziesięć minut. Co ciekawe wyciskarkę można było kupić w Polsce w sklepie internetowym. Chłopak ani chwili się nie wahał. Wyciągnął kartę kredytową i sfinalizował zakup. Zaraz też dostał maila z potwierdzeniem zamówienie. "Odbiór towaru w 2-3 dni robocze. Poinformujemy o tym następnym mailem." – stało tam napisane. Adam położy się tego dnia spać bardzo zadowolony. Lubił dawać prezenty. Szczególnie komuś bliskiemu i którego bardzo lubił. A tak było właśnie z Magdą. Kiedyś nawet się w niej podkochiwał, ale przeszło mu po tym, jak doszło między nimi do poważnej rozmowy. Usłyszał wtedy, że jest świetnym kumplem, ale chemii między niemi nie ma. Przynajmniej nie ze strony Magdaleny. Przyjął więc to do wiadomości i więcej się już jej nie narzucał.

Po trzech dniach dostał maila z zaproszeniem do odbioru wyciskarki, gdzie pojechał zaraz po szkole. Na Rezedową trafił nie bez problemu jadąc komunikacją miejską. Numer siedemnasty był piątym z kolei budynkiem po drugiej stronie ulicy, przy której wysiadł. Kiedy był w połowie drogi do sklepu złapał go skurcz łydki. By tak silny, że Adam myślał że oszaleje. O mało nie zemdlał klęcząc na prawym kolanie masując nogę. Ten moment wykorzystało dwóch wyrostków, którzy wyszli z zaułka i momentalnie znaleźli się przy Adamie.
– Dawaj portfel! – rzucili i kątem oka chłopak zobaczył, jak potężniejszy z napastników wyciąga nóż i jednym ruchem rozkłada go stając w bojowej pozie.
– Panowie… tylko spokojnie – zareagował młodzieniec. – Po co te nerwy? Zaraz gotówka się znajdzie. – I wyprostował się. Zauważył przy tym, że jego ból zupełnie minął. W jednej chwili, jakby… nigdy go nie było. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni i wyciągnął brązowy portfel.
– Dawaj to! – rzucił mniejszy intruz. Adam otworzył portfel i wyłuskał całą kasę.
– Proszę. Prawie tysiąc złotych – powiedział wyciągając rękę.
– Portfel też! – rzucił ten od noża.
Adam chwilę pomyślał. "Kurde… dwóch frajerów… Nie dość, że wyskoczę z tauzena, to jeszcze będę musiał wyrabiać wszystkie dokumenty. No i sam portfel. To przecież pamiątka od Małgosi na moje 17. urodziny. Muszę negocjować" – zdecydował.
– Weźcie kasę i rozstańmy się w zgodzie. OK?
– Kasa kasą, ale na twój dowód weźmiemy kilka kredycików – dobiegło jego bystrych uszów. – Dawaj… no już!!!

Tego Adam już nie mógł znieść. Wiedział, że nie jest zwykłym nastolatkiem i postanowił, że właśnie w tej chwili sprawdzi, jak w praktyce zachowuje się jego ciało w trudnej sytuacji. No i psychika oczywiście też.
– Skro tak, to… gówno dostaniecie! Spadajcie! – odpowiedział.
– Jak to spadajcie? – zdziwił się ten mniejszy. – Dawaj portfel!!! No mówię do ciebie, szczylu!
– Chciałem wam oddać kasę, ale nie chcieliście. Teraz nic nie dostaniecie.
– Dawaj, ale już! Bo zaraz cię przeżegnam kosą! – rzucił bandyta i niebezpiecznie blisko zbliżył nóż do szyi Adama.
– Nic z tego! Gówno mi baranie zrobisz tą swoją badziewną finką – powiedział spokojnie i zaraz dodał. – Daję wam trzy sekundy żebyście sobie poszli – po czym przez jego umysł przebiegło następujące rozumowanie: "kurcze… skoro zdecydowałem się postawić na szali życie, to może pójdźmy dalej. To ewidentni bandyci. Chyba mogę, albo nawet powinienem dokonać obywatelskiego zatrzymania?" Swoją decyzję postanowił od razu wcielić w życie.
– Wiecie co? Dam wam jednak to, na co zasługujecie. – powiedział. – I w tym samym momencie schował portfel do kieszeni.

Nie musiał czekać na reakcję bandziorów. Ale i Adam nie czekał. A nawet można powiedzieć, że uprzedził prawdopodobnie śmiertelny cios. Błyskawicznie zszedł z linii ataku noża i chwycił nadgarstek napastnika pewnym chwytem. Ułamek jego siły spowodował, że ten upuścił majcher i przykląkł sycząc z bólu. Dalej akcja potoczyła się równie szybko. Mniejszy z napastników rzucił się na Adama, ale ten momentalnie powstrzymał go kopniakiem w krocze i kiedy ten się zwinął dołożył mu nieprzyjemny cios w grzbiet prawej stopy. "To musiało cholernie zaboleć" – pomyślał z satysfakcją swojej precyzji. Cały czas kontrolował też nadgarstek większego z obwiesi, a kiedy ten nie dawał za wygraną, po prostu go powalił nagłym szarpnięciem i usiadł mu na plecach, przenosząc na napastnika cały ciężar swojego młodego ciała.

Traf chciał, że nagle wyłonił się z za rogu patrol policji i w dziesięć sekund dwóch rosłych funkcjonariuszy było już przy nich.
– Co tu się dzieje? – padło jak najbardziej uzasadnione pytanie.
– Dokonuję obywatelskiego zatrzymania – powiedział Adam. – No i bronie się przed napadam – zaraz dodał.
– To chłopak napadł na nas! Jak Bój mi świadkiem – powiedział ten, na którym Adam cały czas siedział, bo kopnięty w jajka cały czas się zwijał z bólu.
– A czyj to nóż?  – zapytał potężniejszy z policjantów, wskazując błyszczący przedmiot leżący na chodniku.
– To nie mój – odparł unieruchomiony. A Adam spoglądając na trzymaną cały czas rękę napastnika dodał – Najlepiej sprawdzić odciski palców, to się wyjaśni.
– Dobra Karol, wezwij transport – odrzekł mniejszy ze stróżów prawa i sięgnął po kajdanki.  – Trzeba wszystkich zabrać na komendę i spisać zeznania. Wyjaśnimy całą sprawę.

I tak też się stało. Półtorej godziny później Adam wychodził z komisariatu na Plutonowych. Doświadczenie tych dwóch ostatnich godzin nauczyło go dwóch rzeczy. Po pierwsze wiedział już, że potrafi sobie dać radę w trudnej sytuacji. I to nawet takiej, która grozi utratą życia. Po drugie, postanowił że załatwi sobie jakieś urządzenie do nagrywania. Nie wiedział jeszcze co to będzie i czy będzie to obraz z dźwiękiem, czy tylko to drugie, ale wiedział, że coś musi mieć. Bo bardzo by się to przydało w przeżytej dzisiejszego dnia trudnej sytuacji. "Tak, zaraz jak tylko będę przy kompie, poszperam w Internecie" – pomyślał.


 Kolejne dni przynosiły następne poważne zmiany w wyglądzie Adama. Jego skóra stała się jakby grubsza, ale wcale nie mniej wrażliwa. Wręcz przeciwnie. Zaczęła reagować na ciepło i światło, nie tylko słoneczne. Chłopak bez otwieranie oczu wiedział, że ktoś zapalił żyrandol w salonie i ile żarówek się aktualnie pali. Musiał też dalej siadać od kominka, bo ten płonął zbyt intensywnie. Adam zaczął więc przestawiać fotel metr w stronę okna, gdzie przy otwartym, czuł się naprawdę komfortowo.
 Jeszcze jedną dziwną rzecz zauważył chłopak. Tym razem w swoim zachowaniu. Przyłapał się na tym, że bardzo lubi przesiadywać możliwie blisko kominka, choć generalnie wolał chłodniejsze miejsca. Któregoś wieczoru, kiedy zobaczył go tam czytającego na fotelu jakąś książkę, Henryk zażartował: "coraz częściej cię widzę przy kominku. Jakbyś strzegł naszych rodzinnych skarbów. Bo powinieneś chyba wiedzieć, że w kominku mamy nasz mały sejfik. Ukryłem tam kilka kasieńkowych drobiazgów i co nie co gotówki na wszelki wypadek".

Ale wszystko to, co dziwnego stało się z Adamem od jego osiemnastych urodzin, było niczym w porównaniu z tym, co zaczęło się z nim dziać po 19 grudnia. Tego dnia zaczęły się ferie świąteczne, które miały trwać ponad dwa tygodnie. Już dwudziestego obudził go straszliwy ból pleców i gardła. Nie wiedzieć co to było, zaczął się leczyć środkami na przeziębienie i polegiwał w swoim łóżku całymi dniami. Miał też gorączkę. Prawie czterdzieści stopni, co przy jego wrażliwości na podwyższoną temperaturę było prawdziwą mordęgą. Katarzyna namawiała go żeby poszli do lekarza, ale Adaś omawiał tłumacząc się tym, że to na pewno jakieś kolejne zmiana, związane z jego przemianą. "Przemianą? Ciekawe w kogo?" – przemknęło mu przez głowę. I była to przemiana. I to jak cholera! W poświąteczny wtorek zapadła w długi sen. Kiedy się obudził po 20 godzinach, okazało się, że przez ten czas wyrosły mu na plecach coś, jakby jakieś wypustki. Następny noc przyniosła ich powiększenie, a następne nie dawała już żadnej wątpliwości. Adamowi rosły skrzydła. Takie jak u nietoperza. Złożone jakby ze szkieletu i płatów skóry.

"Boże" – pomyślał. – "W co jak się zmieniam?". Wyrosły mu też drugie powieki. Pod tymi normalnymi, ludzkimi. Były doskonale przeźroczyste i po krótkich ćwiczeniach woli, Adam mógł nimi sprawnie sterować – zamykać, otwierać razem i niezależnie od tych zewnetrznych.

Trzydziestego przyszło wyjaśnienie. Kiedy próbował rozpalić kominek, naglę kichnął i ku swojemu zdumieniu buchnął mu ogień z ust, a nozdrzami dobyły się dwa kłębki białego dymu. Z wrażenia Adam usiadł na podłodze. Myślał przez dłuższą chwilę. Starał się zebrać wszystkie fakty. Wszystko składało mu się w logiczną całość. Usiadł po chwili do laptopa i uruchomił przeglądarkę. "Smoki" wpisał do wyszukiwarki. Wikipedia potwierdziła jego przypuszczenia:
"Smok – fikcyjne stworzenie, najczęściej rodzaj olbrzymiego, latającego gada. Występuje w licznych mitach i legendach oraz w literaturze, filmach i grach. Według wielu mitów smoki obdarzone były dużą inteligencją, potrafiły posługiwać się magią, znały ludzką mowę, a także ziały ogniem. Poza tym posiadały lub strzegły rozmaitych skarbów."

"No tak" – podsumował przeczytane słowa. "Wszystko się zgadza. No prawie wszystki. No… większość. Nie czaruję, ale kto wie czy jeszcze nie będę? A zresztą, kto to wie? Nawet nie próbowałem. Chciałbym widzieć w podczerwieni" – pomyślał. To co po chwili zobaczył, czy też może bardziej poprawie byłoby powiedzieć, że zarejestrował, było niesamowite. Ogarnęła go ciemność, choć pewne "światło" dochodziło zza pleców chłopaka. Kiedy się odwrócił wiedział, co się stało. Jaskrawe światło w miejscu kominka uzmysłowiło mu że musiał widzieć w podczerwieni. Było to zrozumiałe, bo przecież przed chwilą zapalił swoim zionięciem kominek. "Powrót do normalności" – powiedział w myślach i pokój znów nabrał normalnego wyglądu. "Kuźwa… nigdy więcej żadnych życzeń" – postanowił. I jak postanowił, tak zrobił.


W sylwestrowy ranek Adam poczuł się znacznie lepiej. Był oszołomiony całą tą sytuacją i tą przemianą, która dokonała się w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Wiedział że nie będzie mógł tego ukryć, no chyba że nie będzie wychodził z domu. Postanowił jednak że stawi czoło światu i całej tej niecodziennej sytuacji. W końcu był polskim obywatelem z dowodem i rodzicami i nikt nie mógł go tego pozbawić. Zwłaszcza przy majątku, który posiadał. Pocieszony tymi rozmyślaniami sięgnął po telefon i zadzwonił do Jarka.
– Siemka Jaro – zagaił
– Cześć Adasiu. Co tam, jak się czujesz?
– A wiesz...już normalnie. Choroba minęła – nagiął na nieco rzeczywistość Adam.
– To może byś wpadł od nas na Sylwka. O 20 zaczynamy bibkę.
– A wiesz… z przyjemnością.
– Super! Zatem jesteśmy umówieni.
– OK. Przyniosę jakiś alkohol i zagrychę.
– Przyda się ale inni też się zadeklarowali więc nie ma konieczności
– Fajno. Zatem do wieczorka.
– Cześć, brachu.

Adam zamówił taksówkę na 19:30 i zastanawiał jak się ubrać. Największym problemem były jego skrzydła, które co prawda malo, ale jednak odstawały od tułowia, widocznie go powiększając. Postanowił poszperać w szafie Henryka, gdzie spodziewał się znaleźć luźny, skórzany płaszcz. "Będzie doskonały" – pomyślał przymierzając go przed lustrem. "Na ulicy nikt się nie domyśli, że jestem jakimś dziwadłem".
Pozostała część garderoby była już formalnością. Ulubione dżinsy i zielona, obfita bluza dopełniły reszty. Potem poprawił fryzurę i zużył odrobinę ulubionego pachnidła. I był gotów, by stawić czoło światu.

Taksówka podjechała punktualnie, ale Adam się jednak spóźnił na imprezę. Pech chciał że taksówka złapała dwie gumy, a więc nie mogła jechać dalej, bo zapas był tylko jeden. Tak więc taksiarz musiał wezwać drugie auto, które także nie dojechało na miejsce. Mieli bowiem stłuczkę i nie mogli jechać dalej. Czekanie na policję i spisanie policyjnego protokółu zabrało prawie godzinę. Tak więc Adam dotarł na miejsce dopiero na chwilę przed 22. Całe towarzystwo bawiło się znakomicie, nie stroniąc przy tym od drinków. Tak więc humorki całemu towarzystwu bardzo dopisywały. Chłopak zrzucił ojcowy płaszcz i dołączył do towarzystwa. Nikomu nie powiedział, że przez te ostanie dwa tygodnie, kiedy nikt go nie widział, zmienił się nie do poznania. Skrzydła bowiem, które były najbardziej charakterystyczną rzeczą jego fizys, były zupełnie niezauważalne. Przynajmniej do czasu, kiedy nie zdejmie swojej blzuy.


Adam obudził się o 12:10. Przetarł oczy i spojrzał dookoła. W zasięgu jego wzroku było prawdziwe pobojowisko. Sterty puszek, butelek, kieliszków, papierków, resztki chipsów i alkoholi. Starta konfetti i kilka jeszcze całych balonów, które przeżyły sylwestrowe szaleństwo. Zauważył też dwie postacie na narożniku zwinięte jak embriony i Eryka śpiącego w fotelu. Dobiegł go z kuchni głos, prawdopodobnie Marzeny, która dzwoniła do swoich rodziców zapowiadając szybki powrót do domu.
Chłopak spoglądał na to wszystko jak na jakiś film. Ale było to życie. Jego życie. Jego własne, nienormalne życie. Odwrócił głowę i sprawdził czy jego skrzydła są na miejscu.

"Cóż… – pomyślał – skoro jestem smokiem, to może czas najwyższy ogłosić to światu". Wstał więc i wziął laptopa Jarka z komody. Przeniósł go na stół, przy którym usiadł i włączył. Po chwili miał już uruchomioną przeglądarkę. "Załóżmy więc sobie bloga" – pomyślał. – "Tylko jaki dam mu adres?" Myślał, myślał i wymyślił. Pierwszego stycznia o godzinie 12:23 wstawił swojego pierwszego posta.

"Moja głowa… Litości…

Życie nie jest łatwe. Zwłaszcza w posylwestrowy poranek.

To noworoczne postanowienie o prowadzeniu pamiętnika… jest zupełnie od czapy. Tylko dureń mógł to wymyślić. I to nie byle jaki. Kretyn!

Ale słowo się rzekło. Postanowienie to postanowienie. Nie można już pierwszego dnia go porzucić.

Zatem…

Mam na imię Adam. Adam Henryk Smokowski. I jestem smokiem.

Eeee…. źle zacząłem. Ale jak można zacząć z kacem gigantem? Muszę wpierwej coś z nim zrobić, a potem wrócić do klawiatury.

Zatem znikam na jakiś czas. Powrócę jak przestanie mnie tak baniak napieprzać.

Narka."


Wpisał adres by sprawdzić czy wszystko działa.

adampierwszysmok.blogspot.com chodziło bez zarzutu. "No to czas się zbierać" – pomyślał. Po czym wyłączył kompa, wstał, ubrał się i wyszedł.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza